sobota, 11 listopada 2017

Moje wspomnienia z przygotowań do Japonii, kwiecień 2017/ memories from the preparation to Japan, April 2017


















Na początku kwietnia 2017 udałam się do Japonii wraz ze swoją bliską  koleżanką. Wyjazd od A do Z organizowałam sama. Może nie do końca. Koleżanka dostarczyła mi już program z którego korzystała jej znajoma. Oczywiście musiałam go zmodyfikować pod kątem mojej osoby poruszającej się o dwóch kulach. 

Właściwie wyjazd ten  wisiał na włosku do samego końca z różnych powodów. Bilety liniami Air China kupowałyśmy online we wrześniu 2016 za bardzo dobrą cenę. Wylot do Osaki przez Pekin, a powrót z Tokio. Przewoźnik właśnie wchodził na rynek polski.

Tydzień po zakupie biletów dowiedziałam się, że moja aktualna endoproteza  biodrowa właśnie jest obluzowana. Można to porównać do  drzwi na jednych zawiasach.I raczej powinnam się szykować na operację, a nie w podróż. Operacji jeszcze nie było ciągle  czekam nadal nową endoprotezę. Od Japonii minęło trochę czasu, a już byłam w kilku innych krajach.   
Dwóch pierwszych lekarzy odradzali wyjazd, a jak jeszcze dodałam, że prowadzę biuro podróży dla niepełnosprawnych i pilotuje wycieczki trochę patrzyli z niedowierzaniem.
Trzeci pan doktor ortopeda okazał się bardziej wyrozumiały i powiedział : „ dopóki pani może…..” I to jest prawda trzeba korzystać życia. 

Miesiąc przed wyjazdem kiedy wszystko  było zarezerwowane telefon z informację, że niestety w tym dniu nie będzie lotu do Osaki przez Pekin z Warszawy.  No cóż zarezerwowałam jedną noc więcej w Nara ponieważ w Kioto nie było już  żadnych hoteli w ludzkiej cenie. Nie dodałam, że jechałyśmy w okresie „SAKURA” czyli czas Kwitnienia wiśni – tych widoków nie można zapomnieć. Japonia wygląda wtedy bajkowo. 

Po tygodniu znowu telefon, że samolot odleci o kolejny dzień wcześniej. To już mnie zdenerwowało i zaczęłam własnymi drogami szukać dojścia do agenta chińskich  linii lotniczych. Oczywiście panienka z biura gdzie rezerwowałam bilety powiedziała, że przedstawiciel tych linii jest w Berlinie. Co było nieprawdą. Bilet zmieniono nam. Na koszt linii lotniczych wysłano nas do Frankfurtu i stamtąd leciałyśmy do Osaki w takim samym terminie jak miałyśmy zaplanowane. Oczywiście spędziłyśmy kilka godzin w podróży więcej, doszły dwie przesiadki. Na szczęście miałam wózek i asystenta z lotniska. Na transferze w Pekinie zabrano nam 2 wódki "Soplice", które wiozłyśmy na prezent. Moja wina. Gdybyśmy kupiły je  we Frankfurcie przejechałby bez problemu. Zawsze można też wypić na miejscu.
W Osace po przylocie  mało nie dostałam zawału asystent zwoził mnie na wózku schodami ruchomymi. Nie ukrywam, że miałam stracha i prawie się żegnałam. Tam to jest normalne.










Po Kioto poruszałyśmy się taksówkami. Wszyscy mówią, że one są bardzo drogie. Ja uważam, że bardziej opłaca się poruszać taksówkami  na krótkich dystansach zwłaszcza jak się jest w 2 -3 osoby niż szukać przystanku autobusowego. Oczywiście taksówkarze w  dużej większości nie mówią po angielsku. „Ok”, „Hello” to jest cały ich słownik. My byłyśmy bardzo dobrze przygotowane.  Znajomy Japończyk napisał mi wyrażenia po japońsku.
Inaczej jakbym wytłumaczyła kierowcy trasę do Świątyni   Kiyomizu-dera do której nigdy bym się nie dostała ( zbyt dużo schodów i pod górę). A ja właśnie wyczytałam, że osoby niepełnosprawne mają zezwolenie wjazdu przez bramę. Jeszcze nie płacą za wstęp. Nie wspominam  tej świątyni zbyt dobrze ponieważ tego dnia była okropna ulewa więc zwiedzanie nie było żadną przyjemnością. Zdjęcia, które zrobiłam były bardzo ponure..


Jeszcze jedna ciekawostka – Japończycy ustawiają się w kolejce do autobusu


Przez cały pobyt w Kioto i Osace pogoda była niezbyt łaskawa dla nas. A ja wszystkie rzeczy miałam letnie. Musiałam zaopatrzyć się w płaszcz deszczowy. Nie wyglądam zbyt twarzowo.


W większości  świątyń  już przy wejściu trzeba było zdejmować buty. Ja bez butów ani kroku. Na szczęście można wypożyczyć wózki inwalidzkie od nich. I właśnie tak robiłam. Koleżanka mnie wiozła oczywiście sama musiała zdjąć buty.









Wkrótce napiszę o pociągach i metrze w Japonii i jak przezwyciężałam swoje fobie, żeby z nich korzystać.




środa, 1 listopada 2017

Szwecja, jeden dzień w Uppsali, sierpień 2017 cd./ visiting Uppsala for a day, August 2017






Obiecałam, że będę kontynuowała moją relację z kolejnych dni pobytu w Sztokholmie.  Zanim zacznę opisywać pobyt w Uppsali powiem tylko, że praktycznie przez cały okres kiedy byliśmy tutaj mieliśmy piękną wakacyjną pogodę. Wyjątkiem była Uppsala gdzie pogoda była deszczowa

.
Wracam do wyjazdu do Uppsali. Nie mieliśmy tam żadnego przewodnika, ale dzięki koleżance Iwonie miałam kontakt do Ronaldo, mieszkańca Uppsali, który zgodził się nas odebrać z dworca i pokierować do autobusu. Oczywiście ja przygotowałam informację o mieście i zabytkach dla moich klientów.
 Ze względów organizacyjnych i cenowych najlepszym  środkiem transportu okazał się pociąg. Mieliśmy do wyboru koleje regionalne lub kolej podmiejską. Wybrałam kolej podmiejską jako, że wszystkie wagony były bezprzedziałowe i bezbarierowe. Co więcej nie musiałam rezerwować serwisu dla niepełnosprawnych. W ramach biletu mogliśmy podróżować bezpłatnie przez jedną godzinę w Uppsali po wyjściu z pociągu. Bilety kolejowe oraz na transport publiczny kosztują majątek dla nas polaków. Dzięki temu, że uczestnicy mieli zakupione bilety tygodniowe podróż do Uppsali była trochę tańsza, płaciliśmy tylko dopłatę do biletu tygodniowego.
Tak naprawdę nie do końca rozumiem  system opłat za bilety w Szwecji. 
Pociąg do Uppsali łapaliśmy z nowej stacji CITY. Czuć było jeszcze nowością. Czuliśmy się jak w labiryncie, musieliśmy korzystać z kilku wind. Na szczęście dopadłam kogoś z personelu, którzy pokierowali nas. Peron bardzo nowoczesny i wyposażony w specjalne bramki oddzielające podróżnego od peronu do momentu przyjazdu i odjazdu pociągu.
Co więcej wejścia  do wagonu dla osób niepełnosprawnych  są oznakowane. Podobny system widziałam w Japonii. Jedyna wadą było brak toalet w pociągu. Dlaczego było to bardzo istotne dla naszej grupy podam później.
Do Uppsali oddalonej ok 60 km jechaliśmy niecałą godzinę. Warto też dodać, że miasto szczyci się najstarszym uniwersytetem w Szwecji. Obecnie jest to też uznawane za miasto uniwersyteckie
W Uppsali mieliśmy do zobaczenia trzy ważne obiekty: Ogrody botaniczne im ,Linneusza, które okazały się niewypałem ze względu na pogodę. Linneusz był sławnym przyrodnikiem i lekarzem informacja dla tych co nie wiedzą kto to jest.

 Wszyscy woleli iść na gorącą herbatę zamiast chodzić po ogrodach. Po krótkim odpoczynku ruszamy dalej w stronę Gustavianum i katedry protestanckiej zwanej po szwedzku Domkyrka. Oba obiekty są obowiązkowym punktem zwiedzania.  Dla nas dobrze ponieważ znajdują się one obok siebie. Po drodze z daleka widzimy XVI-wieczny zamek wybudowany w czasach, gdy Szwecja była jedną z europejskich potęg, za panowania dynastii Wazów. 

Dochodzimy do Uniwersyteckiego Gustavianum zbudowanego w 1625 roku . Obecnie w budynku Gustavianum   mieści się  muzeum powstałe w roku 1997 rokuZnajduje się w nim tzw. teatr anatomiczny.
Na dole na stole anatomicznym przeprowadzano sekcję zwłok której przyglądali się studenci siedzący na dookólnych galeriach.
Wszystko dostępne dla nas, osób niepełnosprawnych. W muzeum mieszczą się eksponaty  poświęcone  naukowym urządzeniom do pomiarów z 19th wieku np  termometr Anders Celsius. Przechodzimy kilka kroków jesteśmy  w Katedrze, która jest największą budowlą sakralną Skandynawii: ma 118,7 metrów długości.  W jednej z wież umieszczone są dwa dzwony pochodzące z Polski (zrabowane w  1703 podczas wojny północnej), jeden z nich jest aktualnie jest największym dzwonem kościelnym w Szwecji – tzw. Thornan.   Architektura świątyni łączy formy nadbałtyckiego  gotyku ceglanego i francuskiego.Katedra była miejscem koronacji wielu królów i królowych Szwecji. W Katedrze znajdziemy  też akcenty polskie:  grobowce Gustawa I Wazy oraz  grobowiec Katarzyny Jagiellonki – pierwszej  żony Jana III Wazy, królowej Szwecji w latach 1568–1583. Nad grobowcem  znajduje się  fresk przedstawiający Kraków.


Na prawdę świątynia jest piękna w środku i ma swój klimat.

Jesteśmy nawet świadkiem chrztu prowadzonego przez Księdza kobietę. Można też zwiedzać  skarbiec katedralny. Jest winda, ale nie do końca.  Sama katedra jest dostosowana dla osób na wózkach inwalidzkich. 

Po woli kończy się nasze zwiedzanie. Pora na obiad. Ronaldo znajduje dla nas niedrogą restaurację. 90 Sek za obiad i sałatkę z napojem to bardzo dobra cena. 

  Gdyby nie pogoda na pewno warto było zostać dłużej. Kierujemy się na dworzec. Nie mogę znaleźć kas biletowych. Ktoś mnie kieruje do sieci sklepów spożywczych, w których kupuję bilety. Musimy działać szybko bo do odjazdu pociągu jest kilka minut. Kolejka podmiejska po drodze zatrzymuje się na każdej stacji na szczęście. Dlaczego na szczęście zapytacie? Jedna z uczestniczek nazwijmy ją Zosia komunikuje mi, że potrzebuje pilnie toaletę. Mówię, że jest to nie możliwe, bo jej tutaj nie ma. Decyduje się na wyjście z pociągu na  kolejnym przystanku.  Oczywiście powinnam wyjść z nią, ale ja kuśtykająca ledwo obawiam się, że nie dotarłabym z nią do żadnej toalety na czas. Po drugie nie mogłam  zostawić reszty grupy. Małgosia i Andrzej, uczestnicy wycieczki tak się składa, że są  lekarzami proponują, że z nią wyjdą z pociągu i wrócą kolejnym. To właśnie jest to co łączy nas na wycieczkach. Chęć pomagania sobie i taka rodzinna atmosfera. Ponieważ wysiedli  na lotnisku Arlanda, gdzie obowiązuje kolejna specjalna dopłata do biletu 120 SEK. Bagatelka prawie 60pln za toaletę. Udało im się przekonać pilnujących, aby nie płacić bo przecież to sytuacja awaryjna. Ją  w potrzebie przepuścili. Oni jednak musieli czekać na Zosię. 


Najważniejsze, że  cała trójka dotarła do hotelu bezpiecznie.


  

niedziela, 29 października 2017

piątek, 27 października 2017

W poszukiwaniu letnich klimatów w miesiącu październiku/ looking for summer season in October

Za oknem pada deszcz i jest ponuro. Co będzie dalej jeżeli ja już narzekam na pogodę pod koniec października?
Dlatego z tęsknota wspominam swój krótki pobyt w Guadalmare koło Alicante. Wystarczy 3,5 godziny lotu i jesteśmy w Hiszpanii gdzie czekają na nas temperatury wakacyjne. 

Pobyt był krótki jako, że jechałam na spotkanie do Murci w ramach projektu, w którym uczestniczę. Ponieważ loty bezpośrednie były tylko możliwe 2 dni przed spotkaniem zdecydowałam się jechać 2 dni wcześniej. Wylot był we wtorek. W niedzielę wieczorem wróciłam również z ciepłej Toskanii, do której  zabrałam  grupę osób z biura. Uwielbiam ten region i zawsze organizuję wyjazdy w tym kierunku z wielką radością. Szybkie przepakowanie i już znowu jestem w samolocie.
Podróżowanie samolotami dla osoby niepełnosprawnej jest  czasami łatwiejsze niż dojazd na lotnisko. Jak tylko znalazłam się w budynku lotniska zajął się mną serwis dla niepełnosprawnych. Siadam na wózek i od tej chwili o nic się nie muszę martwić.                            " TERESKA" czyli ambulift ( pojazd wyposażony w windę) zawozi mnie prosto na pokład samolotu. 
Czas szybko mija i lądujemy w Hiszpanii nawet przed czasem.




To dla mnie znaczy dłuższe czekanie na kierowcę, który ma mnie zawieść do  Guadalmare oddalonej około 25 km od lotniska. Koszt nie jest może najtańszy, ale jazda autobusem z przesiadkami kiedy jestem o dwóch kulach jest najlepszym rozwiązaniem. Temperatura powyżej 25 stopni.  Bardzo ciepło. Czuję się jak  raju.
Hotel rezerwowałam jeszcze w Polsce. Skusiła mnie cena oraz odległość od plaży. Miało być tylko 150 metrów. Niestety okazało trochę więcej ..... . 
Pokój zamawiałam z dostosowaną łazienką dla osoby niepełnosprawnej. Gdybym była na wózku inwalidzkim  już miałabym problem. Jak można przygotować brodzik z niewielkim stopniem?
To jest tak jak za dostosowanie biorą się osoby zdrowe. Pozostała część hotelu ma podjazdy.  Podzieliłam uwagami z hotelem. Okazuje się, ze hotel prowadzony jest przez Rosjan i Ukrainców.  Mój hiszpański i rosyjski jest słabiutki, posługuję się angielskim.
Wychodzę w poszukiwaniu morza i plaży wg wskazówek recepcji. Jest płasko. Są zjazdy. Po drodze mijają mnie osoby niepełnosprawne na skuterkach. Też taki chciałabym. Za chwilę znajduję się na nadmorskim bulwarze. Wzdłuż plaży mnóstwo kafejek i restauracji. A co tam idę na lody. Siadam w kawiarni i obserwuję innych.
Wkoło słychać Brytyjczyków i Niemców oraz Hiszpanów. Mnóstwo osób wynajmuje lub  kupuje apartamenty w tym regionie.
Dzisiaj na plażę za późno, ale jutro leżę cały dzień.
W drodze do hotelu migną mi dostosowany bus. Chyba ma jakieś zboczenie zawodowe. Pani kierowca informuje mnie, że właśnie na tyłach hotelu znajduje się dom starców dla osób niepełnosprawnych i wszystkie informacje na temat transportu dostosowanego mogę tam uzyskać. Wchodzę, znajome wózki, balkoniki widoczne są już w recepcji. Fajne miejsce dla osób niepełnosprawnych. Pytam o ceny. Nie są bardzo szokujące. Chyba w Polsce drożej.
Następnego jakoś mi się  długo schodzi i na plaży pojawiam dopiero koło 11:00. Trochę mam problemu z zejściem po rampie – zbyt stroma dlatego proszę o pomoc przechodnia.
To samo robię w drodze powrotnej z plaży.
Koszt łóżka plażowego 6€ za cały dzień.


W przeciągu 4 godzin plażowania pojawia się więcej osób niepełnosprawnych. I to mi się podoba, że coraz więcej osób ośmiela się korzystać z plaży pomimo widocznej niepełnosprawności.
Szkoda, że jestem tu tylko jeden dzień. Rozumiem teraz moją siostrę, która uwielbia to miejsce zwłaszcza w okresie jesienno-zimowym.
Schodzę z plaży. Wabiona zapachem z restauracji  postanawiam wejść i zamówić sardynki. Do tego koniecznie lampkę wina. Za wszystko płacę 6,50 €.
Następnego dnia koniec leniuchowania. Jadę do Murci oddalonej 65 km. Murcia to nie tylko miasto, ale również region o tej nazwie. Miasto założyli w IX wieku na brzegach rzeki Sequry, Maurowie pochodzący z Afryki.
Nasze spotkanie w ramach projektu odbywa się w Campusie Uniwersyteckim, część wydziałów mieści się na terenie dawnego Monastyru.
Mało kto wie, że właśnie w Murci  znajduje się uniwersytet starszy o prawie 100 lat od Jagiellońskiego.
 Jako, że nie był to wyjazd turystyczny nie było zbyt dużo czasu na zwiedzanie, ale zobaczyłam Katedrę zbudowana na fundamentach meczetu, której budowę rozpoczęto w XIV w. a ukończono cztery stulecia później.  Budowla reprezentuje osobliwą mieszankę stylów, określaną jako śródziemnomorski gotyk. Uważana jest za jedną z najpiękniejszych świątyń w całej Hiszpanii.


Przekonuję się na własnej skórze,  jak czasami nazwy mogę miejsc mogę być mylące. Na mapie znajduję  plac kwiatowy / Plaza de las Flores/. Oczywiście myślę, że będzie tak jak w Krakowie w Sukiennicach gdzie kwiaciarki sprzedają kwiaty.  Biorę taksówkę  i jadę tam. A tutaj niespodzianka. Żadnych kwiatów tylko same restauracje serwujące wyborne tapas.


Pytam recepcjonistki w hotelu co warto jeszcze zobaczyć. Poleca KASYNO.
Mówię, że ja jestem z Polski i raczej nie stać mnie na Kasyno. W Kasynie tym nie ma ruletki. Obecnie mieści się tutaj muzeum. Odbywają się też wystawy i różnego rodzaju wydarzenia artystyczne. W przeszłości był klub elit miejskich. Budynek oddano do użytku 11 czerwca w 1847. Do budynku prowadzą schody, ale też jest podjazd. Niepełnosprawni i opiekunowie wchodzą gratis. Wnętrze przepiękne.
Oglądam pokój spotkań, salon taneczny w stylu francuskim, bibliotekę.  Jest również restauracja. Chciałam się napić herbaty w pięknym wnętrzu. Nie udało się. Musiałabym zakupić lunch lub być członkiem klubu.
Wychodzę z muzeum i jeszcze spaceruję po mieście. Jest 18:00 czas coś zjeść. Zapominam, że jestem w Hiszpanii i restauracje o tej porze są zamknięte. Cos tam udaje mi się znaleźć.
Wracam do hotelu wcześniej ponieważ jutro mam transfer na lotnisko o godzinie czwartej rano. Wylot do Polski jest 06:20.
Jutrzejszy dzień zapowiada się ciekawie. Jeżeli samolot się nie spóźni chcę jechać z Elą na 30 lecie pracy twórczej Lilli Latus, mojej serdecznej koleżanki. Obiecałam, że przyjadę.
Następnego dnia lądujemy punktualnie na lotnisku w Modlinie. O godzinie 12:00 jestem w domu. Mam godzinę na umycie włosów, przepakowanie walizki. O 13:10 przyjeżdża Ela i ruszamy jej samochodem do Lilli. Udało się. Dzięki wspaniałemu kierowcy jakim jest Ela jesteśmy przed czasem.
Jest mi bardzo miło kiedy Lilla wymienia mnie jako swoją koleżankę i jednego ze sponsorów jej nowego tomika wierszy. Wkład mój był naprawdę niewielki. Spotykamy Marysię i Ulę, uczestniczki pozostałych wycieczek. 




Nocujemy w hotelu. W przeciągu niecałych dwóch tygodni spałam w pięciu różnych hotelach. Ela jeszcze chętnie porozmawiałaby, ale ja odpływam sen.
Za tydzień jadę na urodziny Asi do Białegostoku.






























sobota, 21 października 2017

Szwecja, sierpień 2017: Sztokholm, Uppsala, Vaxholm, a to wszystko było możliwe w 5 dni








Szwecja była nowym kierunkiem, który zaproponowałam swoim klientom. Nie jest to kraj najtańszy, a jednak udało mi się zebrać grupę osób, które chciały zobaczyć Sztokholm zwany Wenecją Północy w sierpniu 2017 roku.
Mało brakowało pojechaliby sami bez pilota czyli bez ze mnie. Zaraz powiem dlaczego?
W dniu poprzedzający wyjazd o godzinie 23:00 poszłam do kuchni, aby napić się wody. I w tym samym momencie pośliznęłam odbijając głową o kant kredensu. Jęknęłam głośno i za chwilę wylądowałam na podłodze.
Szczęście w nieszczęściu nocowała u mnie  Ania,  jedna z uczestniczek  wycieczki. Nie wiem co byłoby gdybym była sama w domu. Dodam, że zbiórkę grupy miałam na godzinę 06:00.
Leżąc tak na podłodze poprosiłam Anię, aby wyjęła z zamrażarki lód, który przyłożyłam natychmiast do głowy. Za chwilę słyszę : „ leci ci krew”, masz rozbitą głowę. Co tu robić? Oczywiście powinnam się udać na ostry dyżur. Bałam się jednak, że mnie zatrzymają w szpitalu. Co wtedy stanie się z grupą?  Po 30 minutach leżenia decyduję się wstać. Wyjmuję z pod głowy torbę z lodem i  mało nie mdleję z powrotem – torebka z lodem cała czerwona. Koleżanka uspakaja mnie – „Małgosiu wyjęłam to co miałam pod ręką czyli mrożone truskawki”
Podnoszę się ponownie kierując się w stronę sypialni. Ania jeszcze zmywa mi krew z włosów. ( Dobrze, ze mam dużo włosów, które amortyzowały upadek). Proszę tylko Anię, aby zaglądała od czasu do czasu, czy żyję.
Rano meldujemy się na lotnisku.
 Prawie wszyscy się znamy z poprzednich wycieczek, są też 3 osoby nowe. Okazuje się, że w grupie w sumie jest trzech lekarzy i to jakich specjalności: neurolog, chirurg i kardiolog. W takim towarzystwie to chyba każdy z nich rozpozna czy ze mną jest wszystko w porządku.
Po 1,5 godzinie lotu znajdujemy się w Sztokholmie.  Serwis dla osób niepełnosprawnych fantastyczny. Na szczęście wszyscy mówią po angielsku.
 Taksówka dostosowana powinna czekać na  nas.  Nie ma jej. Dzwonię, przepraszają. Grupa musi chwile poczekać na przyjazd następnej.
Podróż do hotelu zajmuje ok 45 minut. Co się rzuca w oczy – zieleń oraz woda i jeszcze raz wody. Nic w tym dziwnego.  Sztokholm położony jest na 14 wyspach. które połączone są ze sobą 53 mostami oraz lądzie stałym nad zatoką Saltsjön ( Morze Bałtyckie) i jeziorem  Melar. Cały obszar stołeczny Sztokholmu obejmuje m.in. archipelag sztokholmski, czyli 24 000 wysp, wysepek i skał przybrzeżnych. Ze 188 km² powierzchni miasta jedną trzecią stanowi teren zabudowany, pozostałe woda, lasy i parki.
Hotel znajduje się nie w ścisłym centrum, ale tylko 5 przystanków metrem od stacji. Mieszkamy blisko Areny. Krótki odpoczynek. W między czasie Zbyszek i Jarek wraz wolontariuszką idą kupić bilety na metro. Tak po Sztokholmie poruszaliśmy się transportem publiczny oczywiście ze względów finansowych.
 Kupując kartę na cały tydzień mogliśmy się swobodnie jeździć  po całym mieście. W tym dniu Danusia nasza wolontariuszka pomogła nam tego pierwszego dnia zrozumieć metro i znaleźć drogę.
 Metro nie jest moim ulubionym środkiem transportu i reaguję za każdym razem delikatnie mówiąc „ Nerwowo”. Ale, że jesteśmy jak jedna rodzina pomagamy sobie nawzajem.  Trochę przygód. Do autobusu wchodzą tylko 2 wózki więc musimy się rozdzielać. Już pierwszego dnia mamy  zaplanowane  zwiedzanie słynnego muzeum Wazy na  wyspie Djurgården . Jest on jedynym siedemnastowiecznym statkiem na świecie, który przetrwał do dzisiaj. Muzeum Vasa przyciąga więcej odwiedzających niż jakiekolwiek inne muzeum w Skandynawii. Muzeum w pełni dostosowane i robi duże wrażenie.
W drodze powrotnej kilka osób decyduje się na taksówkę za 7 osobową taksówkę płacimy prawie 300 zł – nie mało.
Ponieważ ceny obiadokolacji są bardzo wysokie każdy we własnym zakresie je co sobie życzy. W tym dniu nie mamy zbyt dużego wyboru – zostaje nam McDonald.
 Wszystko inne jest już pozamykane. Trochę dla mnie to dziwne, że w tygodniu większość Centrów Handlowych i restauracji zamykana jest o godzinie 19:00
Kuchnia szwedzka obfituje przede wszystkim w duże ilości ryb. Oprócz ryb posiada również dania mięsne. Jednym z najbardziej tradycyjnych dań mięsnych jest Köttbullar,
 czyli klopsiki mięsne serwowane z sosem borówkowym.
Dużą popularnością cieszy się również marynowany lub wędzony łosoś z warzywami. No i oczywiście nie możemy zapomnieć o Surströmming -  kiszonym śledziu. Danie to jest charakterystyczne dla Szwecji i chyba tylko oni potrafią to zjeść. Kiszony śledź to główne danie tego dnia, a jego spożywanie wiąże się z długoletnią tradycją. Niestety zapach tej ryby często zniechęca podróżnych do jej spróbowania.
W naszej grupie były osoby, które zakupiły takie puszki. Zabroniłam je otwierać na wszelki wypadek.
Szwedzi nie wyobrażają sobie życia bez kawy i cynamonowego ciastka potocznie zwanego fika.
Drugi Dzień,  
W drugim dniu wycieczki mamy zaplanowane zwiedzanie z przewodnikiem. Musimy dotrzeć do Ratusza, który jest kolejnym symbolem miasta.
 Z dala widzimy trzy złote korony na szczycie jego wysokiej na 106 m wieży symbolizują Szwecję. Wchodzimy również do środka. W głównej Sali Ratusza nazywanej Salą Błękitną (Blå Hallen) wydawane są uroczyste przyjęcia takie jak np. przyjęcie na cześć laureatów Nagrody Nobla, które odbywa  zawsze 10 grudnia.
Kolejnym punktem jest Stare Miasto do którego też docieramy autobusem, a potem idziemy spacerem trochę pod górkę. Duże wyzwanie dla wózków inwalidzkich i osób o kulach. O dwóch kulach nie za bardzo mogę dorównać grupie.
Pani przewodnik super. Chyba byliśmy pierwszą tak liczną grupą osób niepełnosprawnych. Po zwiedzaniu w wolnym czasie część osób zostaje na Starym Mieście inni jadą sami do Muzeum Abby, a jeszcze inni wracają do hotelu.
 Spotykamy się na wieczorku integracyjnym u mnie w pokoju. 
Alkohol w Szwecji nie jest tan i  nie osiągalny w zwykłym sklepie. Za dobry kufel w restauracji zapłacimy ok 100 SEK co wynosi w przeliczeniu ok 45 zł.  Ale my Polacy jesteśmy zawsze zapobiegliwi i mamy swoje zapasy.
Niedziela jest dniem wolnym. Część osób wybiera się ze mną na wycieczkę fakultatywną do Uppsali. O tym napiszę jutro.




niedziela, 19 marca 2017

Wiosna idzie....

Wiosna idzie...

Wprawdzie jeszcze za oknami tego nie widać, ale już czuć. Pora wyjść z domu i zacząć snuć marzenia o podróżach tych dalekich i bliskich.
Nic mnie tak nie stawia do pionu i nie daje pozytywnej energii  jak hasło " Wyjazd". Chyba jest mi to już  potrzebne ponieważ trochę dostaję wariacji siedząc w domu. Mam coś w planach, ale nie chcę zapeszyć. Niestety moje " bioderko" lekko wysiadło i wymaga naprawy. No, ale jak tu się operować jak klienci czekają na wycieczki? Przecież nie mogę ich zawieść. Muszę dać radę do października.

sobota, 31 grudnia 2016

JESZCZE W TYM ROKU 2016

Do końca roku pozostało tylko 1,5 godziny. Czy zdążę napisać wszystko co chcę do północy? Obiecywałam sobie na początku roku, że będę bardziej aktywna na blogu. Chyba jednak nie trzeba zbytnio planować....
Rok zaczęłam operacją na cieśn nadgarstka - nie przewidziałam tylko, ze jako osoba chodząca o kuli mogę mieć problemy z posługiwanie się zwykłą kulą. Skóra w miejscu operacji jest wrażliwa i robią mi się rany. Pomimo tych dodatkowych nieudogodnień byłam bardzo aktywna nie tylko pod względem organizacji wycieczek, ale również media mnie bardzo polubiły. W styczniu Pani dziennikarka z Wysokich Obcasów przyszła na wywiad. Artykuł ukazał się w kwietniu 2016 roku. Po nim posypały się wystąpienia w Radio i Telewizji - w programie Zielone Drzwi u Pani redaktor Anny Maruszeczko. Potem jeszcze był występ w Dzień Dobry TVN. Nie powiem - jest to bardzo miłe. Cieszę się, że moja działalność jest zauważalna i doceniana przez innych.
Do końca roku pozostała 1 godzina... Za oknami słychać odgłosy fajerwerków. Ja niestety załapałam infekcję dlatego wszystko co mi pozostało to telewizja i pisanie.
Wracam do wyjazdów:
Tak jak powiedziałam byłam też zaangażowana w projekty unijne. W związku z tym musiałam uczestniczyć w ITB Berlin - jedne z największych targów turystycznych w Europie. Tuż po nich był wyjazd do Amsterdamu i Toskanii. Ponieważ ręka była świeżo po operacji wymagało to czasami pomocy osób trzecich. Np asystentów do pchania wózka przy pokonywaniu dużych odległości. Dałam radę.
W Maju była pierwsza wycieczka do Petersburga - grupa mała. Nie był to mój pierwszy wyjazd w tym kierunku - wszystko się udało. Były nawet osoby " zdrowe" - fajnie, że dołączają do  naszych wycieczek.
W czerwcu wyruszyłam z grupą 17 osób na podbój Portugalii. Właściwie Lizbony, Sintry i Fatimy. Oczywiście lecieliśmy samolotem. Mieszkaliśmy  ok 15 km od Lizbony w domkach typu bungalow z widokiem na ocean. Było fantastycznie. Najważniejsi są ludzie, którzy tworzą atmosferą. Portugalia jest bardzo gościnna i przyjazna dla osób niepełnosprawnych. Najważniejsze, że na miejscu mieliśmy dobry transport dostosowany i wspaniałych przewodników. Czego potrzeba więcej.
Po powrocie do Polski była grupa zagraniczna z Izraela. Nie tylko organizowałam , ale również pilotowałam w Łodzi, Krakowie, Zakopanem.
W sierpniu była  zorganizowana  5 dniowa wycieczka autokarowa do Wilna, Kowna i Trok. Klienci pytli dlaczego tak krótko?
Na początku września miałam grupę z USA. Mieli przyjechać z Pragi Czeskiej do Katowic. Znowu pod górkę. W Katowicach z powodu braku rampy odmówiono mi asysty przy wysiadaniu z pociągu.
Cóż pojechałam po grupę do Ostrawy i do Krakowa wróciliśmy dostosowanym busem. Proszę sobie wyobrazić, że w Polsce jest tylko jedna rampa, którą można dostawiać do pociągów. Znajduje się w Warszawie.
We wrześniu jeszcze był wyjazd do Toskanii. Wracam tam jak do domu bo wyjazdy odbywają się regularnie.
Z Toskanii wróciłam 29 września, a 2 października była kolejna grupa do Rzymu. Część osób było nowych. Pozostali podróżowali już ze mną wcześniej. Fajnie jak te same osoby spotykają się razem na wycieczkach.
10 października był kolejny wyjazd z grupą do Portugalii. Program trochę inny niż czerwcowy. Grupa zobaczyła również Batalha. Muszę się przyznać, że nie wszystko na tej wycieczce się udało. Tak jak powiedziałam ważni są ludzie. Więcej można się domyślić.
Teraz proszę słuchać. Samolot wylądował o 06:00, a ja 09:00 byłam już  z drugą grupą. Tym razem była to wycieczka osób z niepełnosprawnością mieszaną na Podlasie. Polska jest też piękna. Dużo ryzykowałam - gdyby się samolot spóźnił. Osoby głównie były z niepełnosprawnością intelektualną. Nie przeszkadza to organizować wyjazdów dla nich. Wręcz powiedziałbym, że trzeba dać im szanse zwiedzania.
W październiku jeszcze była jedna wycieczka do Krakowa dla innego  Stowarzyszenia.
W listopadzie odbyła się ostatnia wycieczka do Rzymu - grupa z Katowic. Osoby z niepełnoprawnością sprzężoną. W większości  z autyzmem. Całą podróż znieśli wspaniale. A trasa nie była łatwa. Jechaliśmy z  Katowic do Wenecji ( z noclegiem). Potem trasa wiodła do Rzymu. W drodze powrotnej do Polski zwiedzali Asyż i Padwę.
Za 20 minut kończy się Stary Rok
Czy robię jakieś postanowienia. Nie. Chcę być tylko zdrowa.
Wszystkim Życzę Szczęśliwego Nowego Roku 2017